Czy zostaniesz moją żoną? Moja zaręczynowa historia

W zabieganym i toczącym się w niezwykle szybkim tempie życiu pewnego dnia natrafiamy na kogoś, bez kogo to szybkie i upływające przez palce życie zaczyna nabierać nowego i prawdziwego sensu. Poznajemy się, chcemy z tą osobą spędzać coraz więcej czasu aż wreszcie okazuje się, że tak naprawdę nie potrafimy się już rozstawać. Życie pisze przeróżne scenariusze. Mój – czy należałby powiedzieć raczej nasz – w czerwcu tego roku obchodził swoje piąte urodziny. Jak na tak dużego szkraba dawno już potrafi biegać, opowiadać historie, a ostatnio zaczęliśmy nawet razem czytać. Jednak nie zawsze było tak prosto i „komfortowo”. Z początku nie wiedzieliśmy czego właściwie się po nim spodziewać. Czy obudzi się nagle, zacznie krzyczeć i domagać się Bóg wie czego? A może znowu dopadnie go kolka, a przez nią pełne relaksu noce dawno odeślemy do lamusa? Nasz scenariusz dorastał i wciąż dorasta z nami. Czasami się obraża i płacze. Najczęściej jednak wita nas pogodnym, szerokim uśmiechem uświadamiając nam, że z dnia na dzień bardziej siebie potrzebujemy i kochamy się bezgranicznie.

W każdym scenariuszu znajdziemy momenty przełomowe. Dla nas taką chwilą były zaręczyny. Byliśmy wtedy parą od dwudziestu miesięcy. 23. luty 2008 roku. Zapamiętam tę datę do końca życia. Zima może nie była wtedy aż taka sroga, jak sugerowałby to wiszący na ścianie kalendarz. Sławek przyjechał do mnie rano – może około godziny 10, może 11. Otwarłam mu drzwi proponując coś ciepłego do picia. Pamiętam, że był dość zdenerwowany – w sposób w jaki mężczyzna próbuje ukryć jakąś bardzo niezwykłą niespodziankę. Nie chciał kawy, co było dla mnie dziwne. Nie chciał herbaty, co aż tak dziwne już nie było. Wiem, że nie zdjął nawet płaszcza, powiedział tylko, że mam się ciepło ubrać, bo zaraz wyjeżdżamy. Zaraz wyjeżdżamy? Zastanawiałam się. Przecież dopiero do mnie przyjechałeś? Jest zimo, w każdej chwili może spaść śnieg! Spokojnie, tylko się ciepło ubierz. Założyłam niebieski sweter, który do dzisiaj leży w szafie. Mam do niego sentyment i chyba nigdy go nie wyrzucę.

Sławek zapakował mnie do samochodu. Niewiele się odzywał, a na jakiekolwiek pytania odpowiadał krótko: zobaczysz. I tak jechaliśmy sobie w milczeniu, drogą 88 z Gliwic do Bytomia. Zaparkował przed swoim domem. Pewna, że niespodzianka czeka w jego pokoju skierowałam się w stronę furtki prowadzącej do domu. Sławek jednak zręcznie uświadomił mi, że nie tam mam niespodzianki oczekiwać. Chodź, przejdziemy się po parku. I to nerwowe podniecenie. Okej, możemy iść, pomyślałam. Dzisiaj to już chyba nic nie mnie nie zaskoczy. To była oczywiście pomyłka z mojej strony, ale przynajmniej niespodzianka jeszcze bardziej mnie wzruszyła. Ruszyliśmy. Przyspieszył kroku, co było do Sławka raczej niepodobne. To zawsze ja gonię jak „dziki Reks”. Dotarliśmy do przejścia dla pieszych. Przeszliśmy przez ulicę. Zrobiliśmy w parku dosłownie kilka kroków. Zatrzymaliśmy się koło dobrze nam znanej ławki. Zaczekaj. Powiedział Sławek i energicznie zaczął przetrząsać torbę, którą dostał ode mnie na urodziny, w poszukiwaniu czegoś co prawdopodobnie miał tam ukryte. Coś z niej wyjął. Nie ważne było wtedy dla mnie co. To znaczy było to bardzo ważne – ciekawość, to chyba najbardziej rozwinięta kobieca cecha. Ale okazało się, że coś innego jest dużo ważniejsze niż zawartość torby Sławka. Było to kilka słów, które trafiły we mnie jak w tarczę.

„Czy zostaniesz moją żoną?”

Czy zostaniesz moją żoną? Nie „czy wyjdziesz za mnie”. Czy zostaniesz MOJĄ żoną? Klik otwieranego pudełka. Błysk złota i osadzonego w nim małego brylantu. Czy zostaniesz moją żoną? Na dobre i na złe. Na zawsze. Od dzisiaj już nie będziesz moją dziewczyną. Będziesz NARZECZONĄ. A w przyszłości żoną. Cóż innego mogłam odpowiedzieć?

„Tak”.

Łzy w oczach, włożenie pierścionka (jaki piękny! pomyślałam wtedy dość nerwowo), uścisk, pocałunek. I ta ulga w oczach Sławka. Jakby jakiś głaz nagle zsunął się i serca i spadł w niepamięć. Kocham cię. Ja też ciebie kocham. To właśnie siedząc pewnego letniego dnia na pamiętnej parkowej ławeczce Sławek po raz pierwszy wyznał mi miłość. Wybrał to miejsce, żeby na zawsze utkwiło nam w pamięci. Doskonale to wykombinował. I doskonale się kamuflował.

A jakie są Wasze zaręczynowe historie, drogie przyszłe Panny Młode? Na jakie pomysły wpadli Wasi przyszli mężowie by poprosić Was o rękę? Bardzo jestem ciekawa Waszych opowieści. Wrzucajcie je w komentarze do tej notki, albo wysyłajcie na mój adres mailowy: mgaliczek@weddblog.pl  Może dzięki Wam uda mi się już niedługo stworzyć wpis o Waszych szczęśliwych zaręczynach i jeśli się zgodzicie, wrzucić go na www.weddblog.pl! Czekam na Wasze wiadomości z niecierpliwością!

zdjecia

6 comments on “Czy zostaniesz moją żoną? Moja zaręczynowa historia
  1. Sandra napisał(a):

    „bez kogo to szybkie i upływające przez palce życie zaczyna nabierać nowego i prawdziwego sensu.” BEZ ??

  2. Sandra napisał(a):

    Boziu….tak pięknie to opisałaś, że się pobeczałam! No nie rób mi tego!! ;(
    Eh… głupia ja :/

    • Magdalena Galiczek napisał(a):

      Kochana! Ja już z niecierpliwością czekam na najbliższe wydarzenia! Opiszesz mi wszystko piękniutko i zagościsz na weddblog.pl! Koniecznie 🙂

  3. Christine napisał(a):

    Ale fajnie to opisalas. O malo sie nie poplakalam. U mnie dzien zareczyn to byl dawno temu, choc bardziej pamietam dzien poznania sie z moim mezem.
    2 pazdziernika tego roku minie dokladnie 30 lat od tego dnia. Zareczyny byly 6 miesiecy pozniej, a wesele kolejny rok pozniej. Do dzisiaj jestesmy razem.

  4. Evitaa napisał(a):

    Wzruszyłam się. Piękny opis 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *