Nie taki diabeł straszny, czyli o naukach przedślubnych

W ferworze przedweselnych przygotowań narzeczeni bardzo często zapominają o najważniejszym aspekcie tego wydarzenia. Ślub kościelny jest sakramentem, do którego należy podejść świadomie i odpowiedzialnie. Sytuacja wygląda nieco inaczej jeśli decydujemy się jedynie na ślub cywilny. Jednak i wtedy Państwo Młodzi muszą zdawać sobie sprawę z obowiązków jakie biorą na siebie wchodząc w związek małżeński. Ślub to nie piękna biała suknia, wystawne przyjęcie, czaderska muzyka i dużo alkoholu. Ślub to zobowiązanie na całe życie. Małżeństwo nie może przecież minąć równie szybko jak huczne wesele.

Osoby wierzące, katolicy, decydują się na ślub konkordatowy (opis formalności z nim związanych znajdziecie w notce Ślub konkordatowy. Jak to ugryźć?) lub następujące po sobie w niewielkich czasowych odległościach najpierw ślub cywilny, później ślub kościelny. Bez względu na to, na którą z tych dwóch opcji się decydują, narzeczeni muszą udać się na krótki kurs, czyli tak zwane nauki przedmałżeńskie.

Jak powszechnie wiadomo, człowiek z natury jest istotą leniwą. Tym bardziej się to ujawnia, jeśli musi zdobyć się na poświęcenie. I właśnie jako nieziemskie poświęcenie wiele par traktuje nauki przedślubne. „Po co mam tam iść?”, „Księdza będę słuchał?”, „A co ksiądz może wiedzieć o małżeństwie?”. Takie stwierdzenia najczęściej słyszy się z ust podobno odpowiedzialnych i gotowych do małżeństwa, przykładnych katolików. To złe nastawienie potęguje dodatkowo fakt, że wielu młodych ludzi uważa, iż nauki przedmałżeńskie będą z pewnością tak samo nudne i beznadziejne jak lekcje religii w szkole. Jeśli chodzi o mnie, to miałam zaszczyt uczestniczyć w najlepszych lekcjach religii jakie człowiek może sobie tylko wyobrazić. Lekcji takich doczekałam się co prawda dopiero w liceum, w podstawówce niestety pozostawiały one wiele do życzenia. Fantastyczne lekcje religii miały dodatkowo tę zaletę, że pośrednio (czyli dzięki licznym inicjatywom i kółkom zainteresowań prowadzonych przez katechetę) właśnie za ich sprawą poznałam swojego narzeczonego. I jak tu nie wierzyć w Boską interwencję?

Wróćmy jednak do tematu. Nauki przedmałżeńskie organizowane są w każdej parafii. Wyjątki stanowią małe, wiejskie kościoły filialne, które proponują narzeczonym, aby odbyli nauki w kościele głównym, czyli parafialnym. Nauki dla narzeczonych w mojej, ale pewnie także w wielu innych parafiach odbywają się raz na kwartał. Należy zatem dopasować swoje zajęcia i obowiązki do proponowanych przez kościół terminów aby spokojnie zdążyć i zaliczyć nauki. Kurs przedmałżeński ważny jest około roku. Oczywiście w wielu wypadkach istnieje możliwość „przedłużenia” jego ważności o miesiąc lub dwa.

Kurs przedmałżeński można także odbyć podczas specjalnych, weekendowych wyjazdów. Jednak chętnych na nie jest dosyć sporo, a też nie wszystkie parafie organizują takie wyjazdy. Wiąże się to też z dodatkowymi kosztami (noclegi, posiłki) za które płacą oczywiście narzeczeni. Kurs przedmałżeński organizowany przy kościele jest zazwyczaj całkowicie bezpłatny. Z obserwacji i doświadczenia prowadzących takie zajęcia wynika, że im bardziej zbliżają się letnie terminy ślubów tym chętnych na nauki jest coraz więcej. Nauk nie można odkładać na ostatnia minutę! Dokument z podpisami świadczący o zaliczeniu nauk jest tak samo ważny jak akt urodzenia. Nie może go zatem zabraknąć.

Przejdźmy teraz do kwestii najciekawszych, czyli tematyki wykładów podczas kursu przedmałżeńskiego. W mojej parafii kurs ten obejmuje trzy spotkania prowadzone każdorazowo przez inną osobę. Zajęcia trwają zwykle około godziny. Nie wiem, jak wyglądają zajęcia w innych parafiach, ale myślę, że tematy jakie są podczas nich poruszane są wszędzie dość podobne.

Spotkanie pierwsze prowadził katecheta. Motywem przewodnim wykładu było małżeństwo widziane z punktu widzenia człowieka świeckiego. Dzięki takiemu spojrzeniu, my, słuchacze, mieliśmy okazję dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy dotyczących codziennych problemów na jakie natrafiają małżonkowie. Wszystkie przykłady i informacje jakimi zasypał nas prowadzący były po głębszym zastanowieniu – oczywiste. Jednak ta prostota i jasność nie zawsze są widoczne na pierwszy rzut oka i o tych normalnych, banalnych sprawach człowiek w swoim życiu często zapomina. Prowadzący mówił o tym, aby ze sobą w małżeństwie rozmawiać, być wobec siebie uczciwym i szczerym. Szanować się nawzajem. Równo dzielić obowiązki. Mężowskie „zaraz” jako odpowiedź na prośbę „wyrzuć śmieci” nie raz staje się tym malutkim kamyczkiem powodującym lawinę i rozpad małżeństwa. Żona nie może stać się tylko kucharką, sprzątaczką, opiekunką, a wieczorem damą do towarzystwa dla swojego męża. Trzeba być świadomym tych drobnych spraw. W końcu życie składa się z niezwykle istotnych szczegółów.

Spotkanie drugie prowadził proboszcz. Ksiądz omówił małżeństwo pod kątem Pisma Świętego. Z pozoru „ciężki kaliber” okazał się tematem naprawdę pouczającym i ciekawym. Małżonkowie wypowiadając słowa przysięgi małżeńskiej sami udzielają sobie sakramentu. Ksiądz tylko nowożeńcom błogosławi. Małżeństwo zawarte w obliczu Boga i Kościoła jest nierozerwalne, dlatego decyzja musi zostać podjęta w sposób odpowiedzialny i przemyślany. Dość ciekawą propozycją było zwrócenie uwagi na fakt, że narzeczeni mogą nauczyć się na pamięć przysięgi małżeńskiej i sami, bez pomocy kapłana wypowiedzieć ją sobie na ślubie. W kilku słowach proboszcz opisał formalności związane ze spisywaniem protokołu ślubnego. O tym jednak napiszę w stosownym czasie, czyli w momencie, gdy będziemy mieli protokół już za sobą.

Spotkanie trzecie prowadził ksiądz z sąsiedniej parafii. Dotyczyło ono samej liturgii mszy świętej. Ksiądz opisał jak wygląda z punktu widzenia organizacyjnego msza święta ślubna, kiedy wymawiane są słowa przysięgi, kiedy wymieniane obrączki itd. Zwrócił także uwagę na to, aby świadkowie pojawili się w kościele trochę wcześniej, celem podpisania wszystkich dokumentów dotyczących ślubu konkordatowego. Zwykła uprzejmość wymaga, aby także fotograf i kamerzysta przywitali się z księdzem przed mszą i przynajmniej ustalili, w których obszarach kościoła mogą się poruszać, nie zakłócając przy tym liturgii. Wiele razy bowiem zdarza się, że kamerzyści biegają po prezbiterium nie pozwalając dotrzeć kapłanowi do ołtarza. Ksiądz poprosił nas i zwrócił uwagę na to, aby przysięgę małżeńską wymawiać do siebie nawzajem, patrząc sobie w oczy. Wiele par, najprawdopodobniej mocno zestresowanych, składa przysięgę patrząc na księdza. Pół biedy, kiedy mówi to Panna Młoda. Wyobraźcie sobie w takiej sytuacji Pana Młodego…

Spotkania dobiegły już końca. Jesteśmy dzięki nim trochę mądrzejsi, wiemy co i jak z tym małżeństwem i unikamy jak dżumy słowa „zaraz”. Nauki przedślubne to naprawdę ciekawe przeżycie. Idziecie na zajęcia wspólnie, siadacie razem przy stoliku/w ławce, czujecie się trochę jak w szkole. Z jednej strony wydaje się, że odpada wam z dziesięć, piętnaście lat, a z drugiej jesteście świadomi decyzji, które zaprowadziły was na tę drogę i czujecie się strasznie dorośli. Razem przeżywacie słowa, które kierują do was prowadzący kurs. Możecie w trakcie tych zajęć poznać swoją drugą połowę z zupełnie innej strony. Widzicie jak reaguje na słowa katechety/proboszcza/księdza. Możecie też wspólnie dyskutować na temat wysłuchanych wykładów. Wtedy też macie ostatnią szansę, aby przekonać się, czy wybrana przez was ukochana osoba faktycznie jest tą jedyną. Czy tak samo podchodzi do życia, czy tak samo jak wy widzi waszą wspólną przyszłość? Kurs małżeński nie jest stworzony po to, abyście zdawali na ocenę, wykute na pamięć modlitwy. Kurs małżeński ma wam, moi drodzy uświadomić, że jesteście (lub, niestety nie) dla siebie stworzeni. Powodzenia!

zdjecia

3 comments on “Nie taki diabeł straszny, czyli o naukach przedślubnych
  1. Kasia napisał(a):

    W Kościele Ewangelickim, do którego przynależę pewnie wygląda to trochę inaczej. Poczynając od tego, że ksiądz coś wie o małżeństwie z normalnego życia, bo zazwyczaj ma żonę 😉 do tego, że nauki przedmałżeńskie są raczej indywidualne, bo np. w naszej gliwickiej parafii, gdzie jest ok. 500 osób każdy ślub jest wielkim wydarzeniem i na co dzień nasz proboszcz podchodzi do każdego parafianina indywidualnie, bo dość dobrze zna osoby, które biorą udział w życiu parafii 🙂
    Pewnie w rejonach Wisły, gdzie ewangelików i katolików jest „pół na pół” staje się to bardziej grupowe.
    U nas ślub nie jest sakramentem, co nie zmniejsza jego wagi i odpowiedzialności.

    • Magdalena Galiczek napisał(a):

      Kasiu!

      Bardzo dziękuję Ci za cenny komentarz. Opisałam nauki przedmałżeńskie z punktu widzenia katolików. Niestety, coraz częściej się zdarza, że ludzie podchodzą do nich bardzo sceptycznie i bez większego entuzjazmu. Tym bardziej podoba mi się, że u Ciebie (pewnie też ze względu na trochę mniejsze grono wiernych) wygląda to bardzo profesjonalnie.

  2. Christine napisał(a):

    Najlepiej slowa przysiegi malzenskiej nauczyc sie na pamiec, wtedy mozna wymawiac je patrzac partnerowi w oczy, a nie jak male dziecko powtarzac kazde slowo za ksiedzem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *