Z pamiętnika przyszłej Panny Młodej. Przedślubny upływ czasu

Kiedy spoglądam na ścienny kalendarz, albo precyzyjniej rzecz ujmując „ślubny odliczacz”, orientuję się, że pozostała zaledwie 1/3 czasu do wielkiego dnia, odkąd ustaliliśmy datę ślubu. Pamiętam ten październikowy dzień, kiedy z kalendarzem przed nosem wybieraliśmy najdogodniejszą naszym zdaniem sobotę w 2012 roku.

– Wrzesień albo lipiec – zawyrokowałam tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– W porządku – stwierdził Sławek – tylko którą datę wybieramy?

– Z lipca podoba mi się 28. Tak fajnie, bo to dzień po Twoich urodzinach – mówię – a z września niech będzie 1. albo 8.

W końcu wybór padł na lipiec. Nie powiem, dosyć spory wkład w taką a nie inną decyzję miały tu okoliczności całkowicie od nas niezależne, czyli wolne termony usługodawców, którzy już dwa lata wprzód bywają rozchwytywani. Zapobiegliwi narzeczeni wiedzą bowiem, że dobrych muzyków oraz atrakcyjne restauracje należy rezerwować odpowiednio wcześnie.

Kiedy niedługo potem skończył się 2010 rok, a rozpoczął 2011 cieszyliśmy się, że to już „za rok!” będziemy się pobierać. Rok minął. Szybciej niżbym się tego spodziewała. Mnóstwo wyzwań, w tym obrona tytułu inżyniera oraz wiele decyzji, które należało podjąć sprawiło, że właśnie, niespodziewanie, wręcz ze zdziwieniem w sercu i zaskoczeniem w oczach wylądowaliśmy w roku naszego ślubu.

Kameralny Sylwester, odliczanie godzin, potem minut i wreszcie sekund do 2012 roku. 5,4,3,2,1… bum! Ściśnięte gardło. Łzy w oczach.

„Boże, to jest ten rok – pomyślałam – to już jest ten rok…!”

„Szczęśliwego Nowego Roku!” grzmiało z telefonicznej słuchawki, bądź przychodziło w formie radosnego smsa. Za oknem na naszych oczach rozbłyskały i szybko wtapiały się w mrok kolorowe fajerwerki. I staliśmy, objęci, z kieliszkami szampana w dłoniach, delektując się, każdy na swój nieśmiały sposób, rozkosznym i niezaprzeczalnym upływem czasu.

Powrót do codzienności po leniwych, rodzinnych i zabójczo smacznych świętach nie okazał się aż taki trudny. Obowiązki, zajęcia na uczelni, magisterka – wszystko to realizuję na swój dokładny, analityczny sposób – ale czasami mam wrażenie, że stoję jakby obok tego. Moje myśli krążą wokół wydarzenia, które zbliża się tak wielkimi krokami, że nieraz zastanawiam się, czy czas przypadkiem nie biega w z premedytacją przywłaszczonych siedmiomilowych butach. Z wypiekami na twarzy i nerwowym podnieceniem powtarzam sobie w myślach liczbę dni pozostałą do ślubu. Każdego dnia coraz mniejszą.

Pragnienie dopięcia na ostatni guzik wszystkich szczegółów ceremonii i wesela oraz tysiące pomysłów, które chciałabym wdrożyć w życie – to istna ślubna obsesja. Wiem jednak, że nie to jest w dniu, na który czekam z takim utęsknieniem najważniejsze.

Najważniejsze jest to, że od 28. lipca nie będę już musiała wydzielać czasu pomiędzy obowiązki a spotkania, pomiędzy wyjścia do kina, a niecierpiące zwłoki zajęcia. Wszystkie te elementy staną się całością – życie zamknie się we wspólnie przeżywanych radościach i troskach, wspólnie podejmowanych decyzjach i wyzwaniach. Dni, kiedy jedynym sposobem na kontakt jest godzinna rozmowa przez telefon – wreszcie bezpowrotnie znikną. Będziemy powtarzali sobie, że jesteśmy dorośli, odpowiedzialni za siebie, a w tym wszystkim, nadal i na zawsze zabójczo w sobie zakochani.

Wędrujący przez życie z zawadiacko błyszczącymi obrączkami na splecionych ze sobą dłoniach.

zdjecia

One comment on “Z pamiętnika przyszłej Panny Młodej. Przedślubny upływ czasu
  1. Sylwia napisał(a):

    Witaj!
    Świetny tekst! Czytam Twoje słowa i czuję się jakbym czytała o sobie… Biorę śłub 8sierpnia… tego roku… Jestem również w trakcie magisterki… 😉 Podobnie też wyglądał mój sylwester… Aż łezka poleciała podczas czytania Pamiętnika Przyszłej Panny Młodej! 🙂
    Miło wiedzieć, że nie jest sie samemu w takich dziwnych myślach… 🙂

    Pozdrawiam Cię serdecznie i mocno ściskam 🙂
    Sylwia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *